piątek, 29 stycznia 2010

Euroshimowe karty postaci


Udało mi się skończyć sawadżowe karty do Euroshimy. Jutro planujemy nockę, by dokończyć zmagania na wschodzie (może kiedyś ktoś opisze, o co chodziło) i myślę że to dobra okazja, by przetestować nowy wzór kart.

Układ i zawartość trochę różnią się od standardowych sawadżowych kart. Przede wszystkim więcej miejsca na klamoty i doświadczenie - lubię w tych miejscach dużo bazgrać i kreślić i zawsze musiałem niektóre uwagi przenosić na margines. Dalej, odpowiednie rubryczki na punkty sławy oraz miejsce na opis choroby oraz leków (dostępność, koszt i takietam). Druga strona to dodatek, ale mnie się na pewno przyda. Gramy dość rzadko i pomiędzy sesjami wiele rzeczy nam ucieka, więc staramy się zapisywać nazwy miejsc i nazwiska ważnych figur. Dlatego poświęciłem na notatki odpowiednio dużo miejsca. Dalej, miejsce na historię postaci oraz jej portret, a także standardowe przypomnienie niektórych możliwości mechaniki oraz mała rubryczka na zapisywanie kart specjalnych (tzw. zagrywek) - przyda się, zanim opracujemy i wydrukujemy zagrywki z prawdziwego zdarzenia. W osobnym pliku jest jeszcze karta pojazdu - nie wiem czy będziemy z niej korzystać, może się przyda.

Link do kart: tutej

środa, 27 stycznia 2010

Co siedziało w Wrocku...

Brzeszczot:

Co siedziało, albo co się działo. Nieważne. I jednego i drugiego można by trochę nawyliczać. Po pierwsze – siedział Edek Leszczyk. I to nie sam. Ksywa Leszczu obiła mi się o uszy już jakiś czas temu. Ten, nie taki znowu poczciwy, staruszek ścigał się na wrocławskich torach z taką werwą i na tyle skutecznie, że wieść o nim dotarła nawet do mojego rodzinnego Rzeszowa. Od pewnego czasu podróżowałem z Młodym po mieścinach i gdzieniegdzie udawało mi się zarobić gambla lub dwa. Młody potrafił kierować samochodami, więc z utargu sprawiliśmy sobie zdezelowanego Hummera i sążny zapas paliwa i ruszyliśmy na podbój wielkiego miasta, jakim kiedyś zapewne był Wrocław. Leszcza spotkaliśmy właściwie zaraz po przyjeździe do miasta. I co ciekawe – cierpiał on na chroniczny brak czterech kółek.

Z Leszczem kręciło się jeszcze dwóch gości – niejaki łowca mutantów Szperacz i mięśniak imieniem Zbych. Dobrze się złożyło. Leszczu potrzebował fury, ja – kierowcy (boć Młody to dupa wołowa, a nie kierowca). Leszczowe przydupasy potrzebowały ruszyć swoje zasiedziałe tyłki, a mnie potrzebni byli mięśniacy do ochrony dóbr wszelakich, które miałem zamiar we Wrocku pozyskać. I szczerze mówiąc, ta banda popierdoleńców to najlepsza (a może raczej najmniej beznadziejna) rzecz, jaka spotkała mnie w tym parszywym życiu.

Po drugie – siedziały mutki. Może nie całkiem we Wrocku, ale niedaleko. Najlepsze było to, że były to zajebiście bogate mutki. Nowinę tę radosną dostarczył mi pewnego dnia Szperacz i już wiedziałem, że polubię tego gościa. Okazuje się bowiem, że od łowienia mutantów Szperacz woli jedynie łowienie rzeczy należących do mutantów. A to mi bardzo pasowało. Jednak handel z tymi brzydalami musiał poczekać. Mieliśmy inne sprawy na głowie.

No bo właśnie po trzecie – siedział Gumiak. I to siedział na wszystkim we Wrocku i trząsł tym, jak mu się tylko podobało. Okazało się, że mój nowy kompan – Edek Leszczyk, kiedyś był we Wrocławiu bardzo ważną personą. Jednak jakieś sprawy poszły nie tak jak powinny i „Leszczu” musiał spierdalać z miasta. Gdy wrócił, by odbudować swój wizerunek, Wrocek wyglądał już zupełnie inaczej. Po wyjeździe Leszcza, Gumiak sprzątnął Żabę Bysiora i kilka innych znaczących figur i rozsadowił się wygodnie, kładąc swe łapy dosłownie na wszystkim. Gdy tylko dowiedział się o tym, że Leszczu wrócił, od razu zapragnął przerobić go na Sardynkę. I tak właśnie oto wplątałem się w jakąś pieprzoną wojnę gangów. A musicie wiedzieć, że jedynym rodzajem wojny, przed którym wielce nieszanowny Brzeszczot nie spierdala skulony pod stół, jest wojna na argumenty. A ta z pewnością do takich nie należała.

Wieść o tym, że Gumiak interesuje się Edkiem Leszczykiem przyniósł nam Ślimak - dawny kumpel Leszcza. Nie spodobał się nam ten koleś, ale Edek za niego ręczył, więc nie mieliśmy nic do gadania. Nasz towarzysz bąkał coś o jakimś barze, który musi znaleźć i w którym musi coś załatwić i wtedy będzie kwita z Gumiakiem. Nie wiem o co chodziło, ale szczerze mówiąc zwisało mi to i powiewało. Miałem głowę zaprzątniętą czym innym.

Leszczu był przeciwny handlowaniu z mutkami, więc dogadaliśmy się, że on nie będzie wpierdalał się w nasz biznes, a my nie będziemy się wpierdalać w sprawy ze Ślimakiem. Oczywiście musieliśmy się wspierać, gdyby któraś z tych spraw nie poszła tak jak powinna. Leszczu pojechał więc z nami na terytorium mutków, ale obrażony na cały świat nie wystawił nawet nosa z Hummera. I dobrze. Miejscowi na pobliskie mutki mówili Patyczaki - i nic dziwnego. Były to bowiem istoty niezwykłe - chude, ogromne, o niezdrowym kolorze skóry. Miały mnóstwo sprzętu i nie znały się na nim, potrzebowały paliwa, a nikt nie chciał z nimi handlować. No cóż, nie spotkały jeszcze Brzeszczota. Obycie Szperacza oraz moja gadana i wprawne oko (nawiasem – jedyne oko) załatwiły nam interes życia. Paliwo, które kupowałem po 3 gamble za litr, sprzedałem w cenie 7 gambli. Dorwaliśmy mnóstwo działającego sprzętu. Teraz wystarczyło tylko załatwić sprawy ze Ślimakiem i spierdalać z Wrocka, zanim ludzie zorientują się skąd mamy ten sprzęt.

Oczywiście okazało się, że Ślimak lata dla Gumiaka. Ale to nie był problem. Problemem był Leszczu, który uparł się, że naprawi to, co spierdolił swoją dawną ucieczką. Chciał zrobić tak, by wszyscy byli zadowoleni, a tak się nie da. Bar, o którym wspominał Ślimak (a przynajmniej wydawało nam się, że to był ten właśnie bar) okazał się dużo lepiej chroniony niż się spodziewaliśmy. Młody, Zbych, Szperacz i Leszczu wyważyli drzwi i wpadli do środka, a ja udałem się na poszukiwanie tylnego wejścia. Nie znalazłem go, a kiedy w końcu wszedłem głównymi drzwiami, w barze zastałem ładny stosik ciał i moich towarzyszy, z których kilku odniosło dość poważne rany. Dla nas było jasne, że sprawy się popaprały i musimy spierdalać z Wrocka, Leszczu natomiast podwijał rękawy i wyrywał się żeby dokończyć interesy z Gumiakiem. Otworzyliśmy więc piwo, wznieśliśmy toast za powodzenie „misji” i łyknęliśmy porządnie. Kiedy środki nasenne zaczęły działać, wrzuciliśmy nieprzytomnego Leszcza oraz porządny zapas alkoholu na pakę i spierdoliliśmy z miasta. Niestety prowadził Młody (z konieczności), więc nie tylko się zgubiliśmy, ale do tego daliśmy się dogonić przydupasom Gumiaka. Uciekaliśmy a-czwórką, a za nami zapieprzały dwie czarne beemki. Niewiele myśląc wyciągnąłem gnata i strzeliłem. Możecie mi nie wierzyć, ale jednooki tchórz podczas gonitwy po resztkach autostrady, jednym strzałem załatwił kierowcę samochodu jadącego dobre kilkadziesiąt metrów za nim. Ja sam sobie nie wierzę i jasne jest dla mnie to, że ten strzał musiał być jakimś rodzajem dziwacznego cudu. Niemniej jednak od tej pory moi towarzysze zaczęli na mnie trochę inaczej patrzeć. Z szacunkiem? No, może bez przesady, ale było blisko.

Jeśli więc wybierasz się do Wrocka musisz pamiętać o tym, że to już nie jest tylko miasto wyścigów ulicznych. To twierdza, rządzona twardą gumową ręką. Możesz tu wiele stracić, możesz wiele zyskać. My wykorzystaliśmy swoją szansę i pewnie już tu nie wrócimy. Zwłaszcza, że wkurwiony Ślimak ruszył za nami...

niedziela, 24 stycznia 2010

A to nasza, pożal się Bożena, ekipa...


Ten całkiem po lewo to Edek Leszczyk, nazywany przez nas "Leszczem". Mistrz kierownicy, staruch, ma na karku ponad trzydziestkę i przynajmniej jedną z nóg powinien mieć już w grobie. Ale ten chory na hemofilię cwaniak ani myśli zabierać się z tego świata, a jeżeli już to zrobi to zapewne zabierze ze sobą dzikie mnóstwo mutków. Ja tam obawiam się czego innego - że dostanie zawału podczas prowadzenia mojego Hummera. Jeśli tylko chcesz, złap dziada i zaprowadź do "Gumiaka", ten ziomo płaci 500 gambli za dostanie "Leszcza" żywcem.

Ten siusiek ze śrubokrętem, udający że coś naprawia, to "Młody". Ma jakieś popieprzone hamerykańskie imię, którego nie pamiętam. Każdemu wciska kit, że jego rodzinka przypłynęła do Polski z Anglii. W kajaku. Przez takie durne pogadanki nazywany był przez swoich kolesi "Kajakiem", ale dla nas po ostatniej wyprawie, chyba do końca parszywego życia zostanie "panem 5 gambli". "Młody" pochodzi z Posterunku i babra się w chemikaliach, więc jeśli masz jakieś Tornado wymagające rafinacji zapraszamy do interesów. Może wypożyczymy Ci "Młodego" za, powiedzmy, 5 gambli... hehehe... he... khem!

Dalej mamy palanta, któremu spod ubrania wystają tylko oczy. To "Szperacz", który jakoś nie chce zdradzić nam swojego imienia, chociaż szwendamy się już z nim ładny kawałek czasu. Podejrzewam że ma jakieś straśnie obciachowe imię, nie wiem, na przykład Roman. Gościu pochodzi z delty Wisły, więc na pewno nie chciałbyś zobaczyć go bez maski. Mamusia w dzieciństwie karmiła go zapewne radioaktywnym chlebkiem, który popijał szlamem z Wisły. "Szperacz" poluje na mutanty i jest w tym całkiem dobry. Nie wiem na czym to polega ale podejrzewam, że mutki ufają mu, bo śmierdoli całkiem jak one. W każdym razie, kolo jest dość łebski i zwykle potrafi zwietrzyć dobry interes, a to dla mnie baaaaaardzo się liczy.

A po prawo stoję ja - Grzegorz "Brzeszczot" Pilewski. Powiedziałbym że mi miło, ale mi nigdy nie jest miło. Widzisz co wystaje mi z kieszonki w czapce? Tak, papierosy. Chcesz pohandlować? Bo widzisz, ptysiu, tym się właśnie zajmuję. Pochodzę z Rzeszowa - nie wyglądam, nie? Bo widzisz, tam gdzie mięśnie zastępują rozsądek, brutalność - cwaniactwo, a podstawą bytu jest to, jak "wielkie plecy" masz na mieście, tam właśnie musiał znaleźć się człowiek, który w te wszystkie plecy wbijałby swój zdradziecki nóż. Możesz nazwać mnie szumowiną, gówno mnie to obchodzi, ważne dla mnie jest to, czy przyniosłeś ze sobą gamble, bo jeśli nie, to nie wiem nawet po co z Tobą rozmawiam. Zbyt wielu ludzi oddałoby wszystko za trochę tego sprzętu, który mam w Hummerze, więc nie masz co kręcić nosem. Robimy dil, czy nie? Więc goń się, a my ruszamy dalej. Bo jak to mawiał Tom Waits - "musisz być cały czas w ruchu; jeszcze nie widziałem mutanta, który oszczałby jadący samochód". Także w drogę, palanty!

(noc z soboty na niedzielę 11/12 lipca, sesja w Neuroshimę, która zawitała do Polski)

Po pierwsze...

Głębokie ukłony dla twórców systemu "Neuroshima". Wielkie dzięki za ten świetny system, mamy nadzieję, że nie gniewacie się, że trochę w nim namieszaliśmy ;). Na tym blogu będziemy prezentować jedynie to, w jaki sposób my gramy w "Neuroshimę", być może komuś się ten sposób spodoba.

Równie głębokie ukłony dla twórców "Savage Worlds". Świetny system. Fast! Furious! Fun!

W logu wykorzystałem tło autorstwa "DH-Textures" (lynk). Wielkie dzięki.

Witamy na naszym blogu. Miłego czytania.