sobota, 27 marca 2010
W nocy z 26 na 27 Marca
Uczcijmy jego pamięć minutą ciszy...
...a potem chodźmy się napić.
środa, 3 marca 2010
Nowa Utopia
Lecz ludzie powracali. Nie było ich wielu - tylko ci, którzy naprawdę tęsknili za swoimi domami, ci, którzy nie mogli pogodzić się z nową rzeczywistością. Żyli skromnie z tego co sami wypracowali oraz tego, co udało się przemycić do strefy. Przychodziły kolejne pokolenia i tak to się kręciło. Do czasu...
Rok 2020 jest początkiem nowej ery w dziejach Czarnobyla. Mesjasz nie przyszedł, on cały czas był tu, w niedalekim sąsiedztwie miasta. W postaci stalowego kolosa, plątaniny belek, żeber i przęseł. Mesjasz przyjął nowe imię - Duga a jego siedzibą jest stacja radaru Czarnobyl-2. To on uchronił tych co wierzyli i powrócili od straszliwej kary, która dotknęła tak wielu.
Mieszkańcy Czarnobyla mogą mieć sporo racji w tym co twierdzą. Fakt dlaczego nie spadły tam bomby można próbować tłumaczyć na wiele sposobów. Błąd Molocha... albo niezamierzony sukces radzieckiej technologii. Wszakże stacja była także bazą eksperymentów radioelektronicznych. Być może w chwili odpalenia rakiet i pierwszych wybuchów impulsy elektromagnetyczne aktywowały panele antenowe, które zagłuszyły wszelkie sygnały i sprawiły, że dla Maszyn to miejsce było po prostu czarną plamą? Nie wiem. Ale jedno jest pewne, odpowiedź kryje się tam, w Czarnobylu, miejscu zagubionym pośród radioaktywnych, nieprzebytych lasów, zapomnianym przez Boga i samego Molocha.
wtorek, 23 lutego 2010
Szperaczowe myśli w worku na głowie.
Wszystkiemu jak zawsze winien był Edek Leszczyk, czy raczej jak wołają na niego we Wrocku "Leszczu". Ten stary rusofil, urodził się z silnikiem zamiast mózgu. We Wrocławiu – mieście, które owiane jest spalinami bardziej niż Wisła radioaktywnym gównem, podobno był kimś ważnym. Co by nie mówić, znam go na tyle by stwierdzić, że ma ku temu predyspozycje, potrafi zewrzeć poślady i napierdalać po wrakach przeciwników na sam szczyt. Niestety ten sam silnik powoduje, że po genialnej wygranej musi coś jeszcze bardziej spierdolić. Właśnie przez to „Leszczu” musiał uciekać z Wrocławia - co jak co ale denerwowanie Gumiaka nie jest dobrym pomysłem, przynajmniej jeśli nie ma się zamiaru go zabić. Mimo to żaden mutek nie śmierdzi tak, by nie dało się na nim zarobić. Niesiony radioaktywnym wiatrem, sypiąc łupieżem z głowy niczym lawiną, trafił pod naszą opiekę, a że zmierzaliśmy wprost do Wrocławia była to idealna okazja by wrócić na szczyt. No i oczywiście wszystko się posrało, oczywiście nie do końca bez naszego udziału - „Leszczu” jest zbyt dobrym kierowcą by umrzeć poprzez zanurzenie w kadzi płynnej gumy. Chociaż teraz gdy obijam łbem o klapę bagażnika, zastanowiłbym się nad tym dwa razy. Jeśli sprawy się posypią sprzeda się go Gumiakowi, ten dureń płaci za niego 1000 gambli, pewnie za to, że załatwił jego prawą rękę – Ślimaka.
Ta podróż dłuży mi się na równi z akcją na naszej polskiej pustyni, ale co ja będę rozwodził, tam przynajmniej nie było wiecznie narzekającego Brzeszczota. A to, że ciasno, że niewygodnie czy, że mi z mordy śmierdzi – w końcu normalne warunki. Kiedyś ten jednooki straganiarz z Rzeszowa nie był taki marudny. Pewnie to wynik tego, że stracił oko. Opowiadał jak to przegrał je w pokera, ze stritem na ręce. Może i jakieś popłuczyny molochowych fabryk nabrałyby się na tę bujdę, ale nikt kto chociaż raz handlował z tym łazęgą nie da wiary jego opowieści, zresztą nie uwierzy później w żadne jego słowo. Z tego co udało mi się wyszperać, Brzeszczot sprzedał swoje lewe oko. Tak, ten kawałek zimnego sukinsyna dla chęci zysku wyłupił sobie oko i pchnął je za grube gamble, tak mniej więcej 500, i to w twardej walucie, a nie jakiś tosterach. Do dziś nie mogę uwierzyć, że udało mu się nabrać Żarówę - speca mieszkającego w tym, co zostało z hamerykańskiej tarczy antyrakietowej. Brzeszczot wmówił mu, że jego własne oko jest mechanicznobiologicznocyborgicznowszczepem molocha pozwalającym widzieć w infra i ultra wizji, przenikać wzrokiem ściany i latać – a on dał mu za to Hamera z pełnym bakiem. Może i Brzeszczot nie umie walczyć ale jeśli przystąpicie z nim do handlu, wyjdziecie w skarpetach, oczywiście jeśli łaskawie zgodzi się wam je sprzedać.
Oho, chyba stracił przytomność bo jęki ucichły. Do pełni szczęścia brakuje tylko żarcia, odzyskania pięciu tysięcy wjebanych w ten interes gambli, wyrżnięcia w pień Ruskich i szczęśliwej podróży do Bydgoszczy, ale w naszych skromnych warunkach wystarczyłoby jeśli Kurzu przestałby się rozpychać. Kiedyś powiedział do jednego z Wrocławskich ciućmorasów, że nazywa się Kurzu bo jest kurwa wszędzie, ale bez przesady. W Mikołajkach na tych ich radioaktywnych ubotach są przyzwyczajeni do ścisku. W sumie z okazów naszej, pożal się Gamblom, ekipy Kurzu jest najbardziej tajemniczy. To chyba jedyny człowiek na tej przeklętej ziemi który ma wszystkie zęby -za znaczę, że swoje własne, a nie sztuczne - na ciele nie ma plam i odbarwień, a jego włosy ciągle zachowują czarny kolor jakby wyprane w jakimś pojebanym przedwojennym proszku. Ktoś kto go nie zna, pewnie powiedziałby, że wojnę i czasy po niej przespał w schronie, moim zdaniem te ich podwodne atomowe miasteczko izoluje szkodliwe opady, wolne rodniki i inne złe fluidy, o których wspominał Sonar.
O kurwa, łada się zatrzymała... no to zaraz zobaczymy...
środa, 17 lutego 2010
Leszczu w Bydgoszczy!
Na stronie Pinnacle'a co jakiś czas ukazują się tzw. "One Sheets". Są to darmowe, zwykle jednokartkowe przygody gotowe do pobrania w formacie .pdf. Postanowiliśmy przenieść tę, zacną przecież, ideę "łanszitowców" na naszego bloga.Co jakiś czas, będziemy więc publikować takie jednokartkowe pedeefy, z opisami lokacji w naszej Euroshimie lub z opowieściami z sesji. Dzisiaj prezentuję opowiadanie "Leszczu w Bydgoszczy" napisane przez Nazata, czyli "Leszcza" właśnie. Bardzo fajnie opisał on, co działo się z Edkiem, gdy pozostała część bandy olała tego starucha i ruszyła na wschód. A zresztą, co się będę rozpisywał. Tekst powinien się bronić sam, o!
link
Nazacik prosił jeszcze, aby zaznaczyć, że podczas pisania opowiadania korzystał ze słownika grypsery.
Jendżoj!
Dodam jeszcze tylko, że w przygotowaniu są już pierwsze opisy lokacji do Euroshimy. Więcej o tym - niedługo.
środa, 27 stycznia 2010
Co siedziało w Wrocku...
Brzeszczot:
Co siedziało, albo co się działo. Nieważne. I jednego i drugiego można by trochę nawyliczać. Po pierwsze – siedział Edek Leszczyk. I to nie sam. Ksywa Leszczu obiła mi się o uszy już jakiś czas temu. Ten, nie taki znowu poczciwy, staruszek ścigał się na wrocławskich torach z taką werwą i na tyle skutecznie, że wieść o nim dotarła nawet do mojego rodzinnego Rzeszowa. Od pewnego czasu podróżowałem z Młodym po mieścinach i gdzieniegdzie udawało mi się zarobić gambla lub dwa. Młody potrafił kierować samochodami, więc z utargu sprawiliśmy sobie zdezelowanego Hummera i sążny zapas paliwa i ruszyliśmy na podbój wielkiego miasta, jakim kiedyś zapewne był Wrocław. Leszcza spotkaliśmy właściwie zaraz po przyjeździe do miasta. I co ciekawe – cierpiał on na chroniczny brak czterech kółek.
Z Leszczem kręciło się jeszcze dwóch gości – niejaki łowca mutantów Szperacz i mięśniak imieniem Zbych. Dobrze się złożyło. Leszczu potrzebował fury, ja – kierowcy (boć Młody to dupa wołowa, a nie kierowca). Leszczowe przydupasy potrzebowały ruszyć swoje zasiedziałe tyłki, a mnie potrzebni byli mięśniacy do ochrony dóbr wszelakich, które miałem zamiar we Wrocku pozyskać. I szczerze mówiąc, ta banda popierdoleńców to najlepsza (a może raczej najmniej beznadziejna) rzecz, jaka spotkała mnie w tym parszywym życiu.
Po drugie – siedziały mutki. Może nie całkiem we Wrocku, ale niedaleko. Najlepsze było to, że były to zajebiście bogate mutki. Nowinę tę radosną dostarczył mi pewnego dnia Szperacz i już wiedziałem, że polubię tego gościa. Okazuje się bowiem, że od łowienia mutantów Szperacz woli jedynie łowienie rzeczy należących do mutantów. A to mi bardzo pasowało. Jednak handel z tymi brzydalami musiał poczekać. Mieliśmy inne sprawy na głowie.
No bo właśnie po trzecie – siedział Gumiak. I to siedział na wszystkim we Wrocku i trząsł tym, jak mu się tylko podobało. Okazało się, że mój nowy kompan – Edek Leszczyk, kiedyś był we Wrocławiu bardzo ważną personą. Jednak jakieś sprawy poszły nie tak jak powinny i „Leszczu” musiał spierdalać z miasta. Gdy wrócił, by odbudować swój wizerunek, Wrocek wyglądał już zupełnie inaczej. Po wyjeździe Leszcza, Gumiak sprzątnął Żabę Bysiora i kilka innych znaczących figur i rozsadowił się wygodnie, kładąc swe łapy dosłownie na wszystkim. Gdy tylko dowiedział się o tym, że Leszczu wrócił, od razu zapragnął przerobić go na Sardynkę. I tak właśnie oto wplątałem się w jakąś pieprzoną wojnę gangów. A musicie wiedzieć, że jedynym rodzajem wojny, przed którym wielce nieszanowny Brzeszczot nie spierdala skulony pod stół, jest wojna na argumenty. A ta z pewnością do takich nie należała.
Wieść o tym, że Gumiak interesuje się Edkiem Leszczykiem przyniósł nam Ślimak - dawny kumpel Leszcza. Nie spodobał się nam ten koleś, ale Edek za niego ręczył, więc nie mieliśmy nic do gadania. Nasz towarzysz bąkał coś o jakimś barze, który musi znaleźć i w którym musi coś załatwić i wtedy będzie kwita z Gumiakiem. Nie wiem o co chodziło, ale szczerze mówiąc zwisało mi to i powiewało. Miałem głowę zaprzątniętą czym innym.
Leszczu był przeciwny handlowaniu z mutkami, więc dogadaliśmy się, że on nie będzie wpierdalał się w nasz biznes, a my nie będziemy się wpierdalać w sprawy ze Ślimakiem. Oczywiście musieliśmy się wspierać, gdyby któraś z tych spraw nie poszła tak jak powinna. Leszczu pojechał więc z nami na terytorium mutków, ale obrażony na cały świat nie wystawił nawet nosa z Hummera. I dobrze. Miejscowi na pobliskie mutki mówili Patyczaki - i nic dziwnego. Były to bowiem istoty niezwykłe - chude, ogromne, o niezdrowym kolorze skóry. Miały mnóstwo sprzętu i nie znały się na nim, potrzebowały paliwa, a nikt nie chciał z nimi handlować. No cóż, nie spotkały jeszcze Brzeszczota. Obycie Szperacza oraz moja gadana i wprawne oko (nawiasem – jedyne oko) załatwiły nam interes życia. Paliwo, które kupowałem po 3 gamble za litr, sprzedałem w cenie 7 gambli. Dorwaliśmy mnóstwo działającego sprzętu. Teraz wystarczyło tylko załatwić sprawy ze Ślimakiem i spierdalać z Wrocka, zanim ludzie zorientują się skąd mamy ten sprzęt.
Oczywiście okazało się, że Ślimak lata dla Gumiaka. Ale to nie był problem. Problemem był Leszczu, który uparł się, że naprawi to, co spierdolił swoją dawną ucieczką. Chciał zrobić tak, by wszyscy byli zadowoleni, a tak się nie da. Bar, o którym wspominał Ślimak (a przynajmniej wydawało nam się, że to był ten właśnie bar) okazał się dużo lepiej chroniony niż się spodziewaliśmy. Młody, Zbych, Szperacz i Leszczu wyważyli drzwi i wpadli do środka, a ja udałem się na poszukiwanie tylnego wejścia. Nie znalazłem go, a kiedy w końcu wszedłem głównymi drzwiami, w barze zastałem ładny stosik ciał i moich towarzyszy, z których kilku odniosło dość poważne rany. Dla nas było jasne, że sprawy się popaprały i musimy spierdalać z Wrocka, Leszczu natomiast podwijał rękawy i wyrywał się żeby dokończyć interesy z Gumiakiem. Otworzyliśmy więc piwo, wznieśliśmy toast za powodzenie „misji” i łyknęliśmy porządnie. Kiedy środki nasenne zaczęły działać, wrzuciliśmy nieprzytomnego Leszcza oraz porządny zapas alkoholu na pakę i spierdoliliśmy z miasta. Niestety prowadził Młody (z konieczności), więc nie tylko się zgubiliśmy, ale do tego daliśmy się dogonić przydupasom Gumiaka. Uciekaliśmy a-czwórką, a za nami zapieprzały dwie czarne beemki. Niewiele myśląc wyciągnąłem gnata i strzeliłem. Możecie mi nie wierzyć, ale jednooki tchórz podczas gonitwy po resztkach autostrady, jednym strzałem załatwił kierowcę samochodu jadącego dobre kilkadziesiąt metrów za nim. Ja sam sobie nie wierzę i jasne jest dla mnie to, że ten strzał musiał być jakimś rodzajem dziwacznego cudu. Niemniej jednak od tej pory moi towarzysze zaczęli na mnie trochę inaczej patrzeć. Z szacunkiem? No, może bez przesady, ale było blisko.
Jeśli więc wybierasz się do Wrocka musisz pamiętać o tym, że to już nie jest tylko miasto wyścigów ulicznych. To twierdza, rządzona twardą gumową ręką. Możesz tu wiele stracić, możesz wiele zyskać. My wykorzystaliśmy swoją szansę i pewnie już tu nie wrócimy. Zwłaszcza, że wkurwiony Ślimak ruszył za nami...
niedziela, 24 stycznia 2010
A to nasza, pożal się Bożena, ekipa...

Ten całkiem po lewo to Edek Leszczyk, nazywany przez nas "Leszczem". Mistrz kierownicy, staruch, ma na karku ponad trzydziestkę i przynajmniej jedną z nóg powinien mieć już w grobie. Ale ten chory na hemofilię cwaniak ani myśli zabierać się z tego świata, a jeżeli już to zrobi to zapewne zabierze ze sobą dzikie mnóstwo mutków. Ja tam obawiam się czego innego - że dostanie zawału podczas prowadzenia mojego Hummera. Jeśli tylko chcesz, złap dziada i zaprowadź do "Gumiaka", ten ziomo płaci 500 gambli za dostanie "Leszcza" żywcem.
Ten siusiek ze śrubokrętem, udający że coś naprawia, to "Młody". Ma jakieś popieprzone hamerykańskie imię, którego nie pamiętam. Każdemu wciska kit, że jego rodzinka przypłynęła do Polski z Anglii. W kajaku. Przez takie durne pogadanki nazywany był przez swoich kolesi "Kajakiem", ale dla nas po ostatniej wyprawie, chyba do końca parszywego życia zostanie "panem 5 gambli". "Młody" pochodzi z Posterunku i babra się w chemikaliach, więc jeśli masz jakieś Tornado wymagające rafinacji zapraszamy do interesów. Może wypożyczymy Ci "Młodego" za, powiedzmy, 5 gambli... hehehe... he... khem!
Dalej mamy palanta, któremu spod ubrania wystają tylko oczy. To "Szperacz", który jakoś nie chce zdradzić nam swojego imienia, chociaż szwendamy się już z nim ładny kawałek czasu. Podejrzewam że ma jakieś straśnie obciachowe imię, nie wiem, na przykład Roman. Gościu pochodzi z delty Wisły, więc na pewno nie chciałbyś zobaczyć go bez maski. Mamusia w dzieciństwie karmiła go zapewne radioaktywnym chlebkiem, który popijał szlamem z Wisły. "Szperacz" poluje na mutanty i jest w tym całkiem dobry. Nie wiem na czym to polega ale podejrzewam, że mutki ufają mu, bo śmierdoli całkiem jak one. W każdym razie, kolo jest dość łebski i zwykle potrafi zwietrzyć dobry interes, a to dla mnie baaaaaardzo się liczy.
A po prawo stoję ja - Grzegorz "Brzeszczot" Pilewski. Powiedziałbym że mi miło, ale mi nigdy nie jest miło. Widzisz co wystaje mi z kieszonki w czapce? Tak, papierosy. Chcesz pohandlować? Bo widzisz, ptysiu, tym się właśnie zajmuję. Pochodzę z Rzeszowa - nie wyglądam, nie? Bo widzisz, tam gdzie mięśnie zastępują rozsądek, brutalność - cwaniactwo, a podstawą bytu jest to, jak "wielkie plecy" masz na mieście, tam właśnie musiał znaleźć się człowiek, który w te wszystkie plecy wbijałby swój zdradziecki nóż. Możesz nazwać mnie szumowiną, gówno mnie to obchodzi, ważne dla mnie jest to, czy przyniosłeś ze sobą gamble, bo jeśli nie, to nie wiem nawet po co z Tobą rozmawiam. Zbyt wielu ludzi oddałoby wszystko za trochę tego sprzętu, który mam w Hummerze, więc nie masz co kręcić nosem. Robimy dil, czy nie? Więc goń się, a my ruszamy dalej. Bo jak to mawiał Tom Waits - "musisz być cały czas w ruchu; jeszcze nie widziałem mutanta, który oszczałby jadący samochód". Także w drogę, palanty!
(noc z soboty na niedzielę 11/12 lipca, sesja w Neuroshimę, która zawitała do Polski)





